Getting old or crazy?

Getting old or crazy?

Starzeję się jak nic!Ale po kolei.W zasadzie nie mieliśmy nic konkretnego zaplanowanego na długi weekend majowy. Chciałam, żebyśmy pobyli na wsi przez jakieś 3-4 dni, bo to w końcu miejsce, gdzie jesteśmy prawie co tydzień. Mnie zawsze gdzieś ciągnie i nie potrafię dłużej usiedzieć w jednym miejscu. Poza tym zawsze jak już siedzę, to mam jakieś dziwne osobiste wyrzuty sumienia - bo przecież to tak jakbym marnowała czas! Bo tyle możnaby w tym czasie zrobić, zobaczyć, zwiedzić! Poza tym mam takiego schiza, że przecież jesteśmy jeszcze wolni, tzn. bez dzieci, mamy tam jakieś pieniądze, mamy auto... no to jak mamy jakiś urlop to wsiadamy i jedziemy gdziekolwiek... przed siebie! Jest tyle miejsc do których możnaby pojechać!Problem tylko jest taki, że Tygrys najchętniej jeździłby tylko w góry, a tam, wiadomo - jeśli na weekend majowy nie zrobi się wcześniej rezerwacji, to nie ma szans na nocleg. A miasto, szczególnie w upały, to dla Tygrysa żadna atrakcja. Dla mnie tak, bo nowe. A wszystko co nowe i gdzie mnie jeszcze nie było jest dla mnie super! ;-)No więc miałam plana, że po góra 4 dniach wyciągam Tygrysa - choćby siłą - i jedziemy "przed siebie". Ale... Jak nam było dobrze na tej naszej wsi!!! O mateczko! Przede wszystkim nie było teściowej (pojechała na wycieczkę), a było za to trochę znajomych par. (Miejsca do spania tam całkiem sporo.) Wszystkie dzieciate, co z jednej strony było fajne, bo uwielbiam dzieci, a dla nich tam w ogrodzie to jest raj, ale z drugiej... często łapałam się na tym, że patrzę z rzewnością na te biegające szkraby i jest mi dziwnie smutno....Oj było wiele wspaniałych momentów – wieczorami albo ognisko (i nawet wspólne tańce dookoła ogniska!) albo grill (albo jedno i drugie), gwiazdy, długie rozmowy, żarty i śmiechy. A w ciągu dnia - upały i słońce, a więc: basen (wyciągnięty z myślą o dzieciach, ale często wykorzystywany jako ochładzacz dla stóp) - nogi w basenie, dupcia na leżaczku, a w dłoniach zimne piwko lub kawa (w zależności od pory dnia) i gazetki lub książki: Oprócz tego, jak już wspominałam - rozmowy męsko-damskie lub tylko damskie w towarzystwie pilniczków, lakierów do paznokci itp. Obadki na zewnątrz w ogrodzie, bieganie za piłką, lub zwyczajne siedzenie na ławce - huśtawce i rozkoszowanie się przyrodą dookoła, ciepłem, wiatrem i odgłosami wsi (albo zupełną ciszą wieczorem).Żeby nie było, że tylko siedzieliśmy w ogrodzie, to muszę napisać, że zrobiliśmy też kilka porządnych wycieczek rowerowych (okolice są wspaniałe - sporo jezior) i była nawet kąpiel w jeziorze (ja tylko nóżki, ale niektórzy już cali!), pierwsza grillowana rybka i leżenie na pomoście. Największą przyjemność sprawiały mi wycieczki rowerowe - nie czuć wtedy upału, a można rozkoszować się przyjemnym wietrzykiem i jeszcze przyjemniejszymi mijanymi krajobrazami. Albo lasem - tam też było cudownie. I było mi tak cudownie, że nagle poczułam, że mi dobrze, tak po prostu i że chyba nie muszę nigdzie jechać (chyba, bo jakaś część mnie troszkę się buntowała, na szczęście zostawała skutecznie zagłuszana na wycieczkach rowerowych, bo coś się działo). W czwartek zostaliśmy już sami, więc trochę zaczęło być mi pustawo i zaczęło mnie nosić. Pojechałam sobie więc w piątek na jeden dzień do miasta, gdzie zaliczyłam spotkanie na kawę z koleżanką i wspólne zakupy. Wieczorem wracałam z powrotem na wieś i znowu było mi tak dobrze (kto by pomyślał - dwie nowe sukienki, a tyle radochy ;-P), że śpiewałam sobie (jak zwykle, gdy jadę sama) na cały głos moją nową ulubionę piosenkę, która akurat leciała:  "We are young" (Are we? ;-P)W sobotę już nie było tak leniwie, bo wróciła teściowa i zaciągnęła nas do roboty.  Cały dzień siedziałam więc w ogrodzie i siałam, plewiłam i siałam i plewiłam. Ja – miastowa do szpiku kości, która jeszcze 3 lata temu nie miała w życiu nic do czynienia z ogrodem, oprócz pomagania swojej babci w ogródku z dwoma grządkami (tutaj mamy ich ze sto!). Ja – ta miastowa – pokazywałam Szwagierce, jak najlepiej i najszybciej sadzić sobie ziemniaki (bo jak sadziłam z teściową rok temu to jej nie było), a ona nie omieszkała mi trochę podokuczać:- Patrzcie, Julita Specjalistka Ogrodowa uczy mnie, starą wieśniarę... ;-PA co! We wszystkim zawsze lubiłam być dobra i jak robić coś, to na całego... Moja mamcia zawsze mi mówiła, że jak byłam mała to lubiłam pomagać babci na tych jej kilku grządkach i że skoro nikt w rodzinie nie przejął bakcyla po babci, to może ja przejmę... Ale mnie później nigdy (!) nie ciągnęło do takich ”przyziemnych” spraw. A teraz... zaczynam to lubić! Normalnie mi odbija! Nie to, żebym cieszyła się, jak mnie potem wieczorem plecy bolą a paznokcie wyglądają, jakbym conajmniej przez miesiąc w kopalni pracowała i manicure mam odjechany w kosmos, ale.... cieszy mnie, kiedy coś zaczyna wyrastać. Jaka satysfakcja! A potem, w lato – jak cudownie wyjść rano co przydomowego warzywniaka i zerwać sobie swoje - najzdrowsze: sałatę, rzodkiewkę, pomidora i cebulkę i in. Mniam!Zaczynam mieć chyba naprawdę jakiegoś świra, bo namówiłam teściową i w tym roku posadziłyśmy jeszcze (oprócz miliona innych warzyw): szpinak, rukolę (uwielbiam!!!), bakłażan i dwa razy więcej mojego ulubionego bobu, który już pięknie rośnie - o tak: Ale wczoraj przeszłam już samą siebie.Najpierw w pracy dostałam comiesięczną, znienawidzoną @. Jak wiadomo, człowiek, dodajmy niezbyt mądry człowiek, zawsze ma nadzieję, więc mimo, że wie, że i tak nie ma szans, by jej nie dostać, to jakoś... nie wiem czemu... gdzieś w głębi serca zawsze ma cichuteńką nadzieję. Więc - jak można się domyślić - chciałam tylko być już w łóżku i oddając się bezmyślnemu oglądaniu TV popaść w otchłań swojego bólu i depresji. Ledwiusio, umierając z bólu, dotarłam jakoś do domu na swoim rowerze. (Dobrze, że to tylko 10 min.. No, wczoraj miałam takie żółwie tempo, że zajęło mi jakieś 25).I zamiast udać się prosto na kanapę, co zrobiłam? Najpierw poratowałam się nospą, a potem zajęłam się... sadzeniem! Wymyśliłam sobie bowiem w tym roku, że chcę mieć ładny zielony balkon, a na nim - oprócz kwiatów - 2 krzesełka i stoliczek, żeby móc sobie obiadki i inne rzeczy spożywać właśnie tam, na łonie natury. ;-) Dzień wcześniej zakupiliśmy w OBI kilka małych krzaczków i kilka nasionek. I ja wczoraj - zamiast leżeć pod kocykiem - przez 2 godziny siedziałam na balkonie i SADZIŁAM! Posiałam sobie nawet dodatkową rukolę i bazylię. I cieszyłam się jak głupia z maleńkich kwiatuszków, które już zaczęły wyrastać, a które posadziłam jakiś czas temu. A kiedyś nie interesowałam się kwiatami W OGÓLE! Każdy kwiat doniczkowy, który znalazł się w moim posiadaniu, wcześniej czy później (najczęściej jednak wcześniej) zostawał skazywany na pewną i bolesnie suchą śmierć. A teraz dbam o wszystkie kwiaty w domu (mam ich całe 6).Starzeję się jak nic. ;-)

www.haluksy.biz www.wiekannmanschnellabnehmen.eu www.celulit.com.pl